Co roku razem z bratem ubieramy
Dziadkowi choinkę. Wyjmujemy z zawiasów drzwiczki kuchennej szafki
i stawiamy na innej szafce. Postument ten ozdabiamy obrusem, i na tym
wszystkim ląduje zgrabna choineczka.
W tym roku natrafiliśmy na kilka
problemów.
Nożyczki do obcinania gałązek
okazały się małe i mało ostre. Stojak - za duży, więc
owinęliśmy pień papierem toaletowym. Mimo starannego oszacowania
wysokości, choinka nie chciała się zmieścić między szafką a
sufitem, a tępy sekatorek nie chciał nam pomóc rozwiązać tego
problemu. Igły kuły nas nawet przez rękawiczki. Bombki miały
ukruszone zawieszki. Następnie odkryliśmy szubieniczny węzeł na
lampkach choinkowych. Pod wpływem impulsu zapragnęliśmy z niego
skorzystać. Zdecydowaliśmy jednak zdusić tylko agresję i
rozplątaliśmy je.
Wtedy okazało się, że nie świecą.
Naszym zmaganiom towarzyszyło stoickie
pogwizdywanie dziadka, przypominające bardziej gwizd czajnika niż
melodię. A propos czajnika, zaproponował nam herbatkę. Wyrywając
mu z rąk chylące się do ziemi szklanki z wrzątkiem (niektóre
zawierały dwie torebki herbaty, a inne żadnej) zastanawialiśmy
się, jak on to robi, kiedy jest sam.
Dobrze, że dziadek ma kiepski słuch,
bo przeklinaliśmy.
Co roku po ubraniu choinki, śpiewamy
kolędy. To jedyny dzień w roku, kiedy śpiewam. Ja, która woli
rozebrana do golasa obiec domek letniskowy, niż chociażby zanucić
publicznie. Mój głos jest śmiesznie wysoki, dziwny, jak z
kościelnej Oazy. Ale kiedy próbuję śpiewać w takiej tonacji, w
jakiej mówię, strasznie fałszuję.
Kolęd nie śpiewa się przy zapalonym
swietle. Zawsze śpiewamy w ciemności przy kolorowych światełkach
choinki. Smętny, martwy wąż lampek postawił nasze popisy pod
znakiem zapytania.
Ale znalazły się świece.
I było tak jak trzeba.
Na pierwszy ogień poleciało
zaintonowane przez Dziadka "Bóg się rodzi". Dziadek
intonuje ją za każdym razem, kiedy zapada cisza, śpiewamy więc
trzy razy, albo i więcej. Dziadek zna więcej kolęd niż my, ale
popisy solowe w ten wieczór nie wchodzą w grę. Ten coroczny
performance wykonujemy bez żadnego przygotowania i jak co roku
denerwujemy się, że pamiętamy tak mało zwrotek. Nigdy też nie
nauczyliśmy się śpiewać tych kolęd, które potrafi Dziadek, a my
nie. Chyba tak to już zostanie – z tradycyjną lekką nutą
niedosytu, której wyelimimowanie być może zniszczyłoby cały
smak.
Życzę Wam, żeby w te święta
chociaż jeden, jedyny moment był taki, jak najidealniejsze
wspomnienie z dzieciństwa. Żeby niczym nie różnił się od
Waszych marzeń i oczekiwań. A cała reszta jest mało ważna.
***
Every year my Brother and I decorate
our Grandpa's Christmas tree. We take the door of the kitchen shelf
out from the hinges and we put it on another shelf. This postument is
further decorated with a tablecloth and a shapely tree lands on the
top.
This year we found everything somehow
problematic.
The scisors that serve for cutting the
small branches were too small and not sharp at all. The stand – too
big, and we had to wrap the trunk with the toilet paper. Despite
having estimeted the height of the room very accurately, the
Christmas tree didn't fit in between the shelf and the ceiling and
blunt secateur didn't want to help. The needles pricked us even
through the gloves. The glass balls were missing the hooks. Then we
have discovered a gibbet knot on the cable of colourful lamps. In
one moment we felt like hanging ourselves with it, but we only
decided to kill the aggression. We untied it.
Then it appeared they don't work.
Our efforts were accompanied by our
Grandpa's stoic whistling, reminding more of a kettle than a melody.
As to kettles, he proposed us some tea. Grabbing glasses filled with
boiling water that were falling out of his hands(some of them with
two teabags, some with no teabag at all), we wondered how is he able
to do it when alone.
It's good that our Grandpa is a bit
deaf, because we sweared.
Every year after decorating the tree,
we sing carrols. It's the only day in the year when I sing. Me, a
person who prefers to run naked around the holiday cottage than even
to hum in public. My voice is funnily high-pitched, strange,
church-style. But when I try to sing in a tone I speak, I'm totally
out of tune.
You don't sing carrols with the light
on. We always sing in the mild darkness of the colourful lights of
the Christmas tree. The sad, dead snake of lamps questioned our
performance this year.
But we found candles.
And it was as it should be.
First it was a Polish carrol called
"Bóg się rodzi"(sth. like God is being born), striked by
our Grandpa. Our Grandpa intones it every time we're wondering what to
sing, so we did it three times or more. Grandpa knows much more
carrold than we do, but it's no solo show evening. Every year we sing
without any preparation and we are always nervous that we remember so
little. We have never tried to learn the carrols that Grandpa knows
and we don't. And I think it will stay like this – with a
traditional hint of insatisfaction. I guess eliminating it would
destroy the whole taste.
This Christmas I wish you one single
moment that's just like your best childhood memory. That it was not
at all different from your dreams and estimations. And all the rest
is not important.

Dobrze napisane. Podoba mi się. szapokłak!
OdpowiedzUsuń na zawszeMerci, mamzel.
OdpowiedzUsuń na zawszeFajno:) Zakonotowałam sobie w głowie, żeby następnym razem nie było drugiej opcji poza śpiewem przy okazji gry w wyzwania:P Wesołych Świąt!:)
OdpowiedzUsuń na zawszeNie bądź taka, Muchomor! Bo ja Cię zmuszę do pójścia nago do wujka Ryśka po cukier! Wesołych Świąt!:)
OdpowiedzUsuń na zawszeO nie!
OdpowiedzUsuń na zawsze