rysunek by Ola Jasionowska

czwartek, 8 grudnia 2011

Głębią w gębę - o podróżach w różne rejony świata i umysłu




Wybrałam się na przedpremierowy pokaz filmu "Gunnar szuka Boga" w Agorze. Paulina Reiter, która chyba równie mocno jak ja interesuje się punktem G, napisała o filmie bardzo osobisty tekst w ostatnim wydaniu Obcasów.

Opowiem w skrócie fabułę osobom, które nie widziały i nie zamierzają oglądać (nie muszą, bo teraz będzie spoiler): Gunnar, typowy przedstawiciel norweskiej klasy średniej, ojciec i mąż, jest niby szczęśliwy, ale czuje zamęt i pustkę. Nie cieszą go nowe gadżety, jedynie koszenie trawy wydaje się kuszące - bo wtedy nikt niczego od niego nie chce. Sfrustrowany (lekko) Gunnar dostaje list od swojego kolegi ze zdjęciami mnichów z chrześcijańskiego klasztoru w Egipcie. Dostrzega różnicę między twarzami uśmiechniętych mnichów a pasażerów norweskich autobusów - o równie mętnym i pustym spojrzeniu jak spojrzenie Gunnara. Nasz niezbyt pożałowania godny bohater wyrusza do tego klasztoru z ekpią filmowa, dowiedzieć się, o co kaman w takim życiu. Mnisi uśmiechają się rzeczywiście, modlą i czekają na śmierć, bo śmierć jest tylko przejściem bliżej Boga.

Chcę, byś porzucił życie doczesne. Teraz!


Okazuje się:
1.Takie życie to potworne nudy.
2.Gunnar stwierdza, że nie zostawia się kochanej i kochającej rodziny po to tylko, by siedzieć w klasztorze (co ratuje Gunnara w mych oczach, które widziały w nim tylko egocentryczną drugą młodość typową dla kryzysu wieku średniego).
3.Prawdziwym wyzwaniem jest zaprowadzić taką "religię" w życie rodzinne.

Gunnar wraca do domu w pewnym sensie odmieniony. Postanawia między innymi nie chodzić w sobotę do IKEI. Oraz nie siedzieć na Facebooku i generalnie nie być ciągle dostępnym. Nie zamierza czytać Biblii czy klepać różańca. Ten film nie jest o religii, tylko o potrzebie samotności. Tak naprawdę nie o Boga tu więc chodzi, a czas dla siebie. Angielski tytuł brzmi więc bardziej odpowiednio: "Gunnar goes god", czyli Gunnar staje się swoim osobistym Jezusem, którego obdarza adoracją.

Problemy Gunnara oscylują wokół najwyższych pięter piramidy potrzeb Maslowa. Było to dla mnie irytujące z perspektywy lektury książki "Życie, które możesz ocalić", o której piszę w poprzednim poście. Są lepsze sposoby na znalezienie w życiu głębi (bo może to nie jest film ani o religii ani o samotności, tylko o głębi i szczęściu).
Film nie mówił co prawda o tym, że autoadoracja jest LEPSZA od dobroczynności, ale po prostu w ogóle nie poruszył tematu. Zastanawiam się, ile czasu i pieniędzy taki Gunnar poświęca działalności na rzecz osób, które piramidę Maslowa wąchają od spodu. Nie wiem, jaki jest jego zawód, i czy daje mu on satysfakcję płynącą z działalności na rzecz innych osób. Rozumiem, że spotkania towarzyskie w zblazowanym gronie oraz wrzaski histerycznych dzieci mogą męczyć. Ale poświęcenie, na jakie Gunnar zdobywa się w kontakcie z nimi, nikomu życia nie ocali. To rzeczywiście nie ten target. Człowiek ma pełne prawo do samotności. Gunnar ma prawo zredukować zamęt, jaki wprowadzają w jego życie bliscy. Ale rodzina+samotność (w odpowiednich proporcjach) to jeszcze nie jest głębia.

Życie mnicha jest bezproduktywne w obliczu tragedii dziejących się na świecie tu i teraz. Chcąc zmienić swoje życie, Gunnar lepiej pojechałby tam, gdzie ludzie umierają na ulicach.

Miałam podobne refleksje leżąc pod zagrzybioną kołdrą w domku na drzewie w Edynburgu. Wybrałyśmy się tam jak zwykle z Couch Surfing, i tym razem okazało się, że miejsce dla trzech podróżnych znajdzie się jedynie w lesie pod Edynburgiem, i to na drzewie. Było super fajnie bez prądu i wody, podmywałyśmy się w McDonaldzie kubkiem po Coli i chodziłyśmy po lesie z latarką. Poznałyśmy też ludzi, którzy mieszkali na stałe w tym lesie i poznaliśmy ideę stojącą za przedsięwzięciem. Przez niejaki Bilston Forest miała biec autostrada. W ramach protestu grupa ludzi zasiedliła las, zamieszkując w domkach na drzewie i w ten sposób uniemożliwiła budowę autostrady. Budowę odsunięto na pięć lat, w tym momencie nie ma zagrożenia. Domki są w tym momencie zasiedlone przez osoby niemające nic wspólnego z budową autostrady - są to po prostu czarujący ludzie, którym taki styl życia odpowiada, oraz Couch Surferzy, którzy zwabieni ciekawością lądują na drewnianej konstrukcji obwiązanej dookoła plastikiem przypominającym torbę z wspomnianej wyżej IKEI.

Nasz pałac w Edynburgu
Ludzie są przemili, gościnni i otwarci.

Nasuwają się jednak pytania: gdzie oni się myją? Czy chodzą do pracy? Skąd mają pieniądze?
Nie chodzą do pracy, bo nie chcą i nie lubią. Korzystają z darmowego internetu w bibliotece. Zbierają przeterminowaną żywność spod Tesco. Prysznicują się na dworcu, a w wodę do picia zaopatruje ich leżący naprzeciwko salon samochodowy Volkswagena.

Jest to przykład życia minimalizującego straty. Emitują mało CO2, oszczędzają życie zwierząt oraz wodę.

Skojarzenie ze szczęśliwymi mnichami z filmu o Gunnarze nasunęło mi się automatycznie.

Problem polega na tym, że żyjąc w ten sposób, nie są w stanie pracować, czyli świadczyć usług. Bez względu na wartość etyczną takiej usługi, dostaje się za nią pieniądze, za które można kupić np. moskitiery dla ludzi w krajach zagrożonych malarią. Im więcej pracujesz, tym więcej moskitier możesz kupić. Albo prezerwatyw dla ochrony przed HIV i nadmiernym przyrostem naturalnym.

Byłoby z mojej strony pieprzonym egoizmem, porzucić pracę, która pomaga ludziom i zarobki, których jakaś część też im pomaga, żeby zamieszkać w domku na drzewie.

Zastanawiam się, czy bliżej definicji świętości jest robienie mało złego, czy dużo dobrego. Mam wrażenie, że zło jest produktem ubocznym czynienia dobra. Muszę myć się codziennie i prać ubrania, tym samym porządnie nadszarpując zasoby wody na świecie. Ale czy którykolwiek szpital zatrudniłby niedomytą lekarkę z lasu, w spodniach nagdryzionych przez szczury, z bijącym od niej zapachem pleśni i ogniska? Po zmroku bez prądu nie za bardzo można się dokształcać, toteż, jak sądzę, przez cały czas jarałabym jointy.

Kiedy oglądałam film o Gunnarze, powróciło do mnie traumatyczne wspomnienie z wakacji w Norwegii.

Ten genialnie bogaty kraj jest jedynym, w którym nie udało nam się znaleźć noclegu na Couch Surfing w całym moim wieloletnim doświadczeniu. Jedyna osoba, która odpowiedziała na naszą prośbę, zażyczyła sobie 100 Euro za osobę za tydzień pobytu. Mielimy już kupione bilety, więc poprosiliśmy o nocleg rodziny, którą poznał wcześniej na wymianie szkolnej, we Fredrikstad. Ludzie po pięćdziesiątce z dwojgiem dzieci, młodszych ode mnie, w typowym, czerwonym norweskim domku.

Wyobrażacie sobie że w Polsce zdrowe umysłowo dziecko dwojga nauczycieli zostaje mechanikiem samochodowym? Bez parcia na wykształcenie wyższe i związaną z nim wizję dochodu - dochód jest niepotrzebny, bo państwo da. Czyli ambicja też niepotrzebna. Pływaliśmy motorówką po jeziorze, oglądaliśmy Norwegię z okien samochodu i kąpaliśmy się w morzu. Wszystko to byłoby może przyjemne, gdyby wymagało chociaż odrobiny wysiłku. W całej Norwegii wyczuwa się tylko śmiertelny spokój, nie ma żadnego prądu, zewnętrznego czy wewnętrznego, który napędzałby działalność ludzi. Gdyby wszystkim warszawskim biznesmenom odebrać nagle pęd za pieniądzem, nasze miasto mogłoby wyglądać katastrofalnie martwo.
Dodatkowo Norwegowie wcale nie byli nami zainteresowani. Opowiadali o swoim życiu, nie zadając żadnych pytań na temat naszego i błądząc wzrokiem po suficie w momencie, kiedy my zaczęliśmy mówić. Może wszyscy żyją tam myślą, że przeszli swoją droge do raju i nie chcą się oglądać za siebie. Może, niczym Gunnar, odnaleźli w sobie swojego Personal Jesusa i nas też chcą przekonwertować.

Po kilku dniach w Fredrikstad przenieśliśmy się do Oslo, pod namioty.

Paulina Reiter w artykule z Wysokich Obcasów narzeka na cheeseburgery z Maka za 45 zeta.
My nie mieliśmy tyle pieniążków (tak, wiem - nie używaj tego słowa, bo nigdy nie będziesz miała do czynienia z prawdziwymi pieniędzmi...), więc jedliśmy Fiskekaker, które smakuje tak jak brzmi. Były to rybno-mączne kotlety w opakowaniu próżniowym służace do smażenia. Oczywiście, nie mieliśmy gdzie ich smażyć, więc jedliśmy na zimno. Do tej pory przeszywa mnie wymiotny dreszcz na ich wspomnienie. Czuliśmy się bardzo biedni w tym raju, ale nie zamarzyliśmy o dostatnim życiu jego mieszkańców. Było ku temu wiele powodów. Na przykład mój biedny brat przeżył w Norwegii najgorsze urodziny w życiu - w namiocie z siostrą. Żeby zagłuszyć ból, chcieliśmy się przynajmniej upić. Byliśmy mentalnie przygotowani na wydatek 35 zł za butelkę najsłabszego piwa. Norwegia, niczym mądry rodzic, przewidziała, że każdemu, kto się w niej znajdzie, zajrzy kiedyś w oczy dramatyczny żal. W momencie kiedy przekroczyliśmy bramy supermarketu, lodówki były już od pięciu minut zamknięte. Minęła osiemnasta.

Kiedy nasz tata widzi nas wściekłych, zawsze powtarza: ugryź się w tyłek.

Na szczęście nie jest to takie proste, bo rozszarpałabym wtedy swoje jedyne spodnie, a następnie nadszarpnęła nasz skromny budżet na zakup nowych.

Dla podkreślenia wagi mych słów ośmielam się ujawnić kompromitującą fryzurę z tamtego okresu.
Już wtedy czułam, że coś musi być na rzeczy, skoro w idealnym kraju panuje prohibicja. Widać norweskie powietrze nie dla wszystkich jest jak extasy. Z artykułu w Obcasach dowiedziałam się, że 10% społeczeństwa jedzie na antydepresantach.

O tym i o innych rzeczach myślałam wczoraj na stadionie Skry. Biegałam dookoła, niczym naspidowana mniszka w ogrodzie Zen. Drzewa zgubiły już wszystkie liście a kiedy biegnie się po przeciwległej do wejścia stronie, stadion pachnie orzeszkami leszczynowymi. Nie liczyłam ani dystansu, ani czasu, ani oddechów. Czułam się bardzo szczęśliwa. Nagle zrozumiałam jednak, że bez względu na to jak pro-charytatywne są moje myśli, właśnie kultywuję siebie. I że robię to cały czas. Nie odpisuję na smsy, piszę swoje dyrdymały zamiast gadać z bliskimi mi ludźmi na Facebooku, za rzadko dzwonię do rodziców i brata i biegam zamiast się uczyć, co mogłoby uczynić mnie lepszym lekarzem.

Tutaj powinien nastapić wywód na temat złotego umiaru, którego oszczędzę, bo jest nudny i przewidywalny.

Zgodnie z wyżej nieopisaną regułą złotego umiaru tuż po biegu postanowiłam zaopatrzyć parę biednych osób w moje pieniądze.
Tym, którzy również postanowili ulepszyć swoje postępowanie względem świata przypominam, że jest grudzień, nowy miesiąc, nowa pensja, a na pierwszym miejscu rankingu Give Well znajduje się w tym miesiącu organizacja AgainstMalaria kupująca siatki przeciwmalaryczne.

W trakcie spotkania na temat filmu w siedzibie Agory nie omieszkałam powiedzieć paru słów na temat roli działalności charytatywnej dla głębi życia człowieka. Mikrofon podał mi wzruszony filmem Krzysztof Ibisz, siedzący na widowni tuż przede mną. Nasze ręce zetknęły się na moment. Kontakt z wielkim światem jest miękki, gładki i wyjątkowo opalony.



Dotykiem tej dłoni, chłodzącym rozgorączkowane czoło, zakończę ten niespójny wywód i wyruszę na poszukiwanie głębi kieliszka.


5 komentarze: