Wybrałam się na przedpremierowy pokaz
filmu "Gunnar szuka Boga" w Agorze. Paulina Reiter, która
chyba równie mocno jak ja interesuje się punktem G, napisała o
filmie bardzo osobisty tekst w ostatnim wydaniu Obcasów.
Opowiem w skrócie fabułę osobom,
które nie widziały i nie zamierzają oglądać (nie muszą, bo teraz będzie
spoiler): Gunnar, typowy przedstawiciel norweskiej klasy średniej,
ojciec i mąż, jest niby szczęśliwy, ale czuje zamęt i pustkę.
Nie cieszą go nowe gadżety, jedynie koszenie trawy wydaje się
kuszące - bo wtedy nikt niczego od niego nie chce. Sfrustrowany (lekko) Gunnar dostaje list od swojego kolegi ze zdjęciami mnichów z
chrześcijańskiego klasztoru w Egipcie. Dostrzega różnicę między
twarzami uśmiechniętych mnichów a pasażerów norweskich autobusów
- o równie mętnym i pustym spojrzeniu jak spojrzenie Gunnara. Nasz
niezbyt pożałowania godny bohater wyrusza do tego klasztoru z ekpią
filmowa, dowiedzieć się, o co kaman w takim życiu. Mnisi
uśmiechają się rzeczywiście, modlą i czekają na śmierć, bo
śmierć jest tylko przejściem bliżej Boga.
![]() |
| Chcę, byś porzucił życie doczesne. Teraz! |
Okazuje się:
1.Takie życie to potworne nudy.
2.Gunnar stwierdza, że nie zostawia się kochanej i
kochającej rodziny po to tylko, by siedzieć w klasztorze (co ratuje
Gunnara w mych oczach, które widziały w nim tylko egocentryczną
drugą młodość typową dla kryzysu wieku średniego).
3.Prawdziwym wyzwaniem jest zaprowadzić
taką "religię" w życie rodzinne.
Gunnar wraca do domu w pewnym sensie
odmieniony. Postanawia między innymi nie chodzić w sobotę do
IKEI. Oraz nie siedzieć na Facebooku i generalnie nie być ciągle
dostępnym. Nie zamierza czytać Biblii czy klepać różańca. Ten
film nie jest o religii, tylko o potrzebie samotności. Tak naprawdę
nie o Boga tu więc chodzi, a czas dla siebie. Angielski tytuł brzmi
więc bardziej odpowiednio: "Gunnar goes god", czyli Gunnar
staje się swoim osobistym Jezusem, którego obdarza adoracją.
Problemy Gunnara oscylują wokół
najwyższych pięter piramidy potrzeb Maslowa. Było to dla mnie
irytujące z perspektywy lektury książki "Życie, które możesz ocalić", o której piszę w poprzednim poście. Są
lepsze sposoby na znalezienie w życiu głębi (bo może to nie jest
film ani o religii ani o samotności, tylko o głębi i szczęściu).
Film nie mówił co prawda o tym, że
autoadoracja jest LEPSZA od dobroczynności, ale po prostu w ogóle nie poruszył tematu. Zastanawiam się,
ile czasu i pieniędzy taki Gunnar poświęca działalności na rzecz
osób, które piramidę Maslowa wąchają od spodu. Nie wiem, jaki
jest jego zawód, i czy daje mu on satysfakcję płynącą z
działalności na rzecz innych osób. Rozumiem, że spotkania
towarzyskie w zblazowanym gronie oraz wrzaski histerycznych dzieci
mogą męczyć. Ale poświęcenie, na jakie Gunnar zdobywa się w
kontakcie z nimi, nikomu życia nie ocali. To rzeczywiście nie ten
target. Człowiek ma pełne prawo do samotności. Gunnar ma prawo
zredukować zamęt, jaki wprowadzają w jego życie bliscy. Ale rodzina+samotność (w odpowiednich
proporcjach) to jeszcze nie jest głębia.
Życie mnicha jest bezproduktywne w
obliczu tragedii dziejących się na świecie tu i teraz. Chcąc zmienić swoje życie, Gunnar
lepiej pojechałby tam, gdzie ludzie umierają na ulicach.
Miałam podobne refleksje leżąc pod
zagrzybioną kołdrą w domku na drzewie w Edynburgu. Wybrałyśmy
się tam jak zwykle z Couch Surfing, i tym razem okazało się, że
miejsce dla trzech podróżnych znajdzie się jedynie w lesie pod
Edynburgiem, i to na drzewie. Było super fajnie bez prądu i wody,
podmywałyśmy się w McDonaldzie kubkiem po Coli i chodziłyśmy po
lesie z latarką. Poznałyśmy też ludzi, którzy mieszkali na stałe
w tym lesie i poznaliśmy ideę stojącą za przedsięwzięciem.
Przez niejaki Bilston Forest miała biec autostrada. W ramach
protestu grupa ludzi zasiedliła las, zamieszkując w domkach na
drzewie i w ten sposób uniemożliwiła budowę autostrady. Budowę
odsunięto na pięć lat, w tym momencie nie ma zagrożenia. Domki są
w tym momencie zasiedlone przez osoby niemające nic wspólnego z
budową autostrady - są to po prostu czarujący ludzie, którym taki
styl życia odpowiada, oraz Couch Surferzy, którzy zwabieni
ciekawością lądują na drewnianej konstrukcji obwiązanej dookoła
plastikiem przypominającym torbę z wspomnianej wyżej IKEI.
![]() |
| Nasz pałac w Edynburgu |
Ludzie są przemili, gościnni i
otwarci.
Nasuwają się jednak pytania: gdzie
oni się myją? Czy chodzą do pracy? Skąd mają pieniądze?
Nie chodzą do pracy, bo nie chcą i
nie lubią. Korzystają z darmowego internetu w bibliotece. Zbierają
przeterminowaną żywność spod Tesco. Prysznicują się na dworcu,
a w wodę do picia zaopatruje ich leżący naprzeciwko salon
samochodowy Volkswagena.
Jest to przykład życia
minimalizującego straty. Emitują mało CO2, oszczędzają życie
zwierząt oraz wodę.
Skojarzenie ze szczęśliwymi mnichami
z filmu o Gunnarze nasunęło mi się automatycznie.
Problem polega na tym, że żyjąc w
ten sposób, nie są w stanie pracować, czyli świadczyć usług.
Bez względu na wartość etyczną takiej usługi, dostaje się za
nią pieniądze, za które można kupić np. moskitiery dla ludzi w
krajach zagrożonych malarią. Im więcej pracujesz, tym więcej
moskitier możesz kupić. Albo prezerwatyw dla ochrony przed HIV i
nadmiernym przyrostem naturalnym.
Byłoby z mojej strony pieprzonym
egoizmem, porzucić pracę, która pomaga ludziom i zarobki, których
jakaś część też im pomaga, żeby zamieszkać w domku na drzewie.
Zastanawiam się, czy bliżej definicji
świętości jest robienie mało złego, czy dużo dobrego. Mam
wrażenie, że zło jest produktem ubocznym czynienia dobra. Muszę
myć się codziennie i prać ubrania, tym samym porządnie
nadszarpując zasoby wody na świecie. Ale czy którykolwiek szpital
zatrudniłby niedomytą lekarkę z lasu, w spodniach nagdryzionych
przez szczury, z bijącym od niej zapachem pleśni i ogniska? Po
zmroku bez prądu nie za bardzo można się dokształcać, toteż,
jak sądzę, przez cały czas jarałabym jointy.
Kiedy oglądałam film o Gunnarze,
powróciło do mnie traumatyczne wspomnienie z wakacji w Norwegii.
Ten genialnie bogaty kraj jest jedynym,
w którym nie udało nam się znaleźć noclegu na Couch Surfing w
całym moim wieloletnim doświadczeniu. Jedyna osoba, która
odpowiedziała na naszą prośbę, zażyczyła sobie 100 Euro za
osobę za tydzień pobytu. Mielimy już kupione bilety, więc
poprosiliśmy o nocleg rodziny, którą poznał wcześniej na
wymianie szkolnej, we Fredrikstad. Ludzie po pięćdziesiątce z
dwojgiem dzieci, młodszych ode mnie, w typowym, czerwonym norweskim
domku.
Wyobrażacie sobie że w Polsce zdrowe
umysłowo dziecko dwojga nauczycieli zostaje mechanikiem
samochodowym? Bez parcia na wykształcenie wyższe i związaną z nim
wizję dochodu - dochód jest niepotrzebny, bo państwo da. Czyli
ambicja też niepotrzebna. Pływaliśmy motorówką po jeziorze,
oglądaliśmy Norwegię z okien samochodu i kąpaliśmy się w morzu.
Wszystko to byłoby może przyjemne, gdyby wymagało chociaż
odrobiny wysiłku. W całej Norwegii wyczuwa się tylko śmiertelny
spokój, nie ma żadnego prądu, zewnętrznego czy wewnętrznego,
który napędzałby działalność ludzi. Gdyby wszystkim warszawskim
biznesmenom odebrać nagle pęd za pieniądzem, nasze miasto mogłoby
wyglądać katastrofalnie martwo.
Dodatkowo Norwegowie wcale nie byli
nami zainteresowani. Opowiadali o swoim życiu, nie zadając żadnych
pytań na temat naszego i błądząc wzrokiem po suficie w momencie,
kiedy my zaczęliśmy mówić. Może wszyscy żyją tam myślą, że
przeszli swoją droge do raju i nie chcą się oglądać za siebie.
Może, niczym Gunnar, odnaleźli w sobie swojego Personal Jesusa i
nas też chcą przekonwertować.
Po kilku dniach w Fredrikstad
przenieśliśmy się do Oslo, pod namioty.
Paulina Reiter w artykule z Wysokich
Obcasów narzeka na cheeseburgery z Maka za 45 zeta.
My nie mieliśmy tyle pieniążków
(tak, wiem - nie używaj tego słowa, bo nigdy nie będziesz miała
do czynienia z prawdziwymi pieniędzmi...), więc jedliśmy
Fiskekaker, które smakuje tak jak brzmi. Były to rybno-mączne
kotlety w opakowaniu próżniowym służace do smażenia. Oczywiście,
nie mieliśmy gdzie ich smażyć, więc jedliśmy na zimno. Do tej
pory przeszywa mnie wymiotny dreszcz na ich wspomnienie. Czuliśmy
się bardzo biedni w tym raju, ale nie zamarzyliśmy o dostatnim
życiu jego mieszkańców. Było ku temu wiele powodów. Na przykład
mój biedny brat przeżył w Norwegii najgorsze urodziny w życiu - w
namiocie z siostrą. Żeby zagłuszyć ból, chcieliśmy się
przynajmniej upić. Byliśmy mentalnie przygotowani na wydatek 35 zł
za butelkę najsłabszego piwa. Norwegia, niczym mądry rodzic,
przewidziała, że każdemu, kto się w niej znajdzie, zajrzy kiedyś
w oczy dramatyczny żal. W momencie kiedy przekroczyliśmy bramy
supermarketu, lodówki były już od pięciu minut zamknięte. Minęła
osiemnasta.
Kiedy nasz tata widzi nas wściekłych,
zawsze powtarza: ugryź się w tyłek.
Na szczęście nie jest to takie
proste, bo rozszarpałabym wtedy swoje jedyne spodnie, a następnie
nadszarpnęła nasz skromny budżet na zakup nowych.
![]() |
| Dla podkreślenia wagi mych słów ośmielam się ujawnić kompromitującą fryzurę z tamtego okresu. |
Już wtedy czułam, że coś musi być
na rzeczy, skoro w idealnym kraju panuje prohibicja. Widać norweskie
powietrze nie dla wszystkich jest jak extasy. Z artykułu w Obcasach
dowiedziałam się, że 10% społeczeństwa jedzie na
antydepresantach.
O tym i o innych rzeczach myślałam
wczoraj na stadionie Skry. Biegałam dookoła, niczym naspidowana
mniszka w ogrodzie Zen. Drzewa zgubiły już wszystkie liście a
kiedy biegnie się po przeciwległej do wejścia stronie, stadion
pachnie orzeszkami leszczynowymi. Nie liczyłam ani dystansu, ani
czasu, ani oddechów. Czułam się bardzo szczęśliwa. Nagle
zrozumiałam jednak, że bez względu na to jak pro-charytatywne są
moje myśli, właśnie kultywuję siebie. I że robię to cały czas.
Nie odpisuję na smsy, piszę swoje dyrdymały zamiast gadać z
bliskimi mi ludźmi na Facebooku, za rzadko dzwonię do rodziców i
brata i biegam zamiast się uczyć, co mogłoby uczynić mnie lepszym
lekarzem.
Tutaj powinien nastapić wywód na
temat złotego umiaru, którego oszczędzę, bo jest nudny i
przewidywalny.
Zgodnie z wyżej nieopisaną regułą
złotego umiaru tuż po biegu postanowiłam zaopatrzyć parę
biednych osób w moje pieniądze.
Tym, którzy również postanowili
ulepszyć swoje postępowanie względem świata przypominam, że jest
grudzień, nowy miesiąc, nowa pensja, a na pierwszym miejscu
rankingu Give Well znajduje się w tym miesiącu organizacja AgainstMalaria kupująca siatki przeciwmalaryczne.
W trakcie spotkania na temat filmu w
siedzibie Agory nie omieszkałam powiedzieć paru słów na temat
roli działalności charytatywnej dla głębi życia człowieka.
Mikrofon podał mi wzruszony filmem Krzysztof Ibisz, siedzący na widowni tuż przede
mną. Nasze ręce zetknęły się na moment. Kontakt z wielkim
światem jest miękki, gładki i wyjątkowo opalony.
Dotykiem tej dłoni, chłodzącym rozgorączkowane czoło, zakończę ten niespójny wywód i wyruszę na poszukiwanie głębi kieliszka.





Ciekawe ;)
OdpowiedzUsuń na zawszedzięki:)
OdpowiedzUsuń na zawszenavigare necesse est, vivere non est necesse
OdpowiedzUsuń na zawszeaurea mediocritas, królowo dramatu:)
OdpowiedzUsuń na zawsze:P w czymś trzeba być dobrym :)
OdpowiedzUsuń na zawsze