Nie umarłam. Medialnie pewnie tak -
minęło mnóstwo czasu od kiedy opublikowałam cokolwiek
gdziekolwiek. Pisanie jest szkołą dyscypliny i pokory. Uczy, bardzo
dosadnie, akceptowania oddalonej gratyfikacji. Wiele czasu upływa od
momentu kiedy zaczynasz to robić, do momentu, kiedy mozesz się
czymś pochwalić - jeżeli w ogóle ten moment kiedykolwiek
następuje. Bardzo cenna nauka, frustrująca jednakowoż jak chuj.
Jeszcze nie spotkałam do tej pory czynności, która z równym
talentem byłaby w stanie wpędzić mnie w samouwielbienie, które w
pięć sekund zmienia się w depresję. Mój charakter w ten sposób
jest hartowany jak Fin, co biega wkoło sauny po śniegu. Wkrótce
wahania emocjonalne zmienią się w zwisania.
Pisanie to mnisi tryb życia, angażuje
umysł nawet bardziej niż nauka. Alkohol bardzo mu szkodzi, podobnie
jak zarywanie nocy. Oraz spotkania towarzyskie, pranie, sprzątanie i
gotowanie. Jedynie z bieganiem w moim przypadku jakoś się dogadują
- bieganie zajmuje ciało, pisanie umysł i jest git. Ale kiedy
człowiek zabiera się do pisania odkrywa nowe odcienie
prokrastynacji. Sądząc z książek o pisaniu, które czasem
wertuję, nikt tak naprawdę nie lubi tego robić, każdy musi się
zmuszać, i tylko jakaś durna siła siedząca w człowieku, niczym
grawitacja sadza dupę na krześle i stuka palcami po klawiaturze. W
tym czasie zniesmaczony umysł krytykuje każdą, najmniejszą
decyzję o wciśnięciu klawisza.
Jakby to powiedziała Dzidźka,
komentując którąś z naszych lesbijskich walk zapaśniczych po
pijaku: "Po co to robimy, skoro nikt nam nie każe?"
Moja norma: co najmniej 750 słów
dziennie, 6 razy w tygodniu.
Ale tak naprawdę nie o tym chcę
pisać, tylko o książce, którą ostatnio czytałam: Petera Singera
"Życie, które możesz ocalić". Mimo pozorów ironii,
bardzo mnie interesuje los ludzi, i dlatego rzuciłam się na tę
książkę, która obiecuje rozwiązać problem ubóstwa na świecie.
Bardzo polecam, naprawde ryje banię i poddaje w wątpliwość dobre
mniemanie o sobie. W skrócie, tym, co nie lubią czytać, a
chcieliby się dowiedzieć, o co kaman:
1. Ubóstwo zniknie, jeśli ludzie
bogaci podzielą się pieniędzmi z biednymi.
2. Bogaty=taki, co kupuje wodę
mineralną w butelce, chociaż w jego kranie leci woda. Wszyscy
jesteśmy bogatsi niż nam się wydaje.
3. Naprawdę biedni ludzie żyją
daleko od nas i wiekszy sens ma pomaganie megabiednym ludziom w
Afryce i w Azji Południowej, niż swoim sąsiadom. Za mniejszą sumę
jest się w stanie ocalić wiecej żyć.
4. Kupowanie swojej dziewczynie sushi
nie jest działalnością charytatywną.
5. To, że nie widzimy umierających na
ulicach murzyniątek, i że wyrzucamy te obrazy ze swiadomości, nie
oznacza, że to przestają być rzeczywistością.
6. Żeby pomagać, trzeba podzielić
się kasą. Dla osób, których roczny dochód nie przekracza 199 000
zł, jest to 1% rocznego przychodu. Jeśli któryś z moich
czytelników jest bogatszy, to gratuluję, i spieszę oznajmić, że
w takim razie powinien płacić 5%. Jeśli Wasze zarobki są bliżej
kwoty progowej, to skłońcie się bliżej 5%.
7. Istnieją organizacje, oceniające
działalnośc charytatywną pod wzgledem efektywnosci, procenta
środków przeznaczanych na rzeczywistą pomoc i na administrację
oraz przejrzystości. Jedną z nich jest GiveWell. Prowadzi ona
ranking organizacji charytatywnych. Można więc wybrać mądrze i
dobrze.
8. Nie bójcie się, że organizacja
zagraniczna=więcej kasy za przelew. Można płacić kartą
kredytową.
Dałam już 5% mojej miesięcznej
pensji na szczepionki dla VillageReach. Polecam. Jakoś lepiej się z
tym czuję, niż jakbym wydała na koks, dziwki i lasery. Dziwne.
Książka jest o tyle genialna, że
czytając ją masz ochotę zrobić jeszcze więcej dobrych rzeczy.
Dziś pojechałyśmy do schroniska na Paluchu i zawiozłyśmy karmę
dla psów oraz koce i poduszkę, których nie potrzebowałyśmy.
Kiedy powiedziałyśmy panu w sklepie z karmą, że jedziemy do
schroniska, dorzucił jeszcze dwa pudełka od siebie. To taka
wycieczka dla osób, które narzekają, że komedie romantyczne już
nie są w stanie ich wzruszyć. Ta dodatkowa karma i wolontariusze,
którzy wyprowadzają biedne pieski na spacery. Popłakałyśmy sobie
nad tym troszkę. Ludzie są tacy cholernie dobrzy, tylko trzeba im
dać szansę!
Z pozostałych wrażeń: skończyłam
staż z chirurgii. Nauczyłam się szyć ciało i usuwać kleszcza z
jajek (dokładnie tej kreski między jajkami). Życia nie ocaliłam.
Oberwałam krwią po twarzy, co
zdyskwalifikowalo mnie jako krwiodawcę na sześć miesięcy. Bardzo
marzę o tym, żeby jeden raz w miesiącu asystować do operacji
przetoki na chirurgii naczyniowej, kiedy będę już psychiatrą: w
tle gra samba, ja prowadzę nitkę, on szyje, i rozmawiamy o zasadzie
nieoznaczoności, z krwią na twarzy.
Dobrze, że esencją mojej pracy nie będzie ratowanie życia, lecz gadanie o abstrakcji i absurdzie. I tak robię to na co dzień, nawet za darmo.
***
I didn't die. In terms of fame in media: I probably did. It's been ages since I've published
anything anywhere. Writing has put me through a mill of discipline
and humility. It teaches, in a very blunt way, to accept a postponed
gratification. Ages pass from the moment you start doing it till you
can boast on something, if this moment ever happens. Very precious,
but so fuckin' frustrating. I haven't met an action that would drive
me from momentary self-admiration to depression. My character is
being hardened like a Finn who runs on snow around the sauna. Soon I
will piss on my emotional fluctuation.
Writing means monk lifestyle, it
engages your brain even more than learning. Thus: alcohol harms it
and so does partying until small hours. And socializing, washing,
cleaning and cooking. They only get along well with running, in my
case: running takes the body, writing takes the brain, brilliant. But
when you start writing you discover new shades of procrastination.
From what I've read in books about writing, no one actually likes it
and everyone needs to force themselves to it. It's only some stupid
force in human that sits your ass on the chair like gravity and makes
your fingest tap on the keyboard. At the same time, the mind, in deep
disgust, criticizes every single decision to push a key.
As Ola said, commenting one of our
drunk lesbian wrestling parties: "Why do we do it if no one
forces us to?"
My norm is: at least 750 words a day,
6 times a week.
But what I really wanted to write
about is a book I've read: Peter Singer's " The life you cansave". Despite my ironic shell, I do care about people, and
that's why I was so enthusiastic about a book that promises to solve
the problem of poverty on our planet. I recomend the book with my
whole heart, it really washes your brains and questions your high
self-esteem.
Shortly speaking, for those who don't
like to read but would love to know what the fuss is about:
1. The poverty will disappear if the
rich share their money with the poor.
2. Rich=someone who buys mineral water
while drinking water runs in his tap. We are all more rich than we
suppose.
3. Really por people live far away and
there's much more sense in helping the superpoor people in Africa
and South Asia than your neighbours. For a smaller price it saves
more lives.
4. Buying sushi for your
girlfrienddoesn't count as charity.
5. The fact that we don't see the
African kids dying on the streets and that we throw these images out
of our consciousness, doesn't mean it's not the reality.
6. To help, you need to share the
money. For people whose year's income doesn't exceed 199 000zł
(check the exact amount on LifeYouCanSave) it's at least 1% of year's
income. If any of my readers is richer, congratulations, but it meand
you should pay 5%. If your income comes closer to the limit number,
decide on sth between 1 and 5.
7. There are organizations that judge
the charity in terms of effectiveness, the amount of money given to
poor people and to administration, and transparency. One of them is
GiveWell. It preperes a ranking of charity organizations, so you
could choose wise and well.
8. Don't fear foreing charity. It
doesn't mean you pay more for money transfer, you can pay with a
credit card.
I've given 5% of my monthly income for
vaccines that VillageReach provides. I truly recomend it. Somehow I
feel better than I would if I had spent it on sex, drugs & rock
and roll. Strange.
The book is so genial, that reading it
you feel like doing more good things. Today we went to animal shelter
and we brought dog food, blankets and a pillow we didn't need. When
we told the guy at the animal food store that we go there, he gave us
two packages extra. It's a trip for thse who complain about romantic
comedies that don't move them any more. This dog food he gave us and
the volunteer workers at the shelter who walked the dogs...We cried a
bit about it. People are so fuckin' good, you just need to give them
a chance!
More sensations: I've just finnished
my surgery internship. I've learnt to sew the body and to remove a
tick from the balls (the stripe between the balls, specifically). I didn't save any lives.
Some blood has flushed on my face, which disqualified me as a blood
donor for six months. I really dream of assisting to fistula
operation on vascular surgery once a month, when I become a
psychiatrist: samba in the backgroung, I lead the thread, he sews,
and we talk about the uncertainity principle with blood on our faces.
It's good that my job won't be saving lives but mainly talking about abstraction and absurd. I do it every day, even if no one pays me.

0 komentarze:
Prześlij komentarz