rysunek by Ola Jasionowska

sobota, 19 listopada 2011

Krew, pot i kleszcz // Blood, sweat and a tick


 Nie umarłam. Medialnie pewnie tak - minęło mnóstwo czasu od kiedy opublikowałam cokolwiek gdziekolwiek. Pisanie jest szkołą dyscypliny i pokory. Uczy, bardzo dosadnie, akceptowania oddalonej gratyfikacji. Wiele czasu upływa od momentu kiedy zaczynasz to robić, do momentu, kiedy mozesz się czymś pochwalić - jeżeli w ogóle ten moment kiedykolwiek następuje. Bardzo cenna nauka, frustrująca jednakowoż jak chuj. Jeszcze nie spotkałam do tej pory czynności, która z równym talentem byłaby w stanie wpędzić mnie w samouwielbienie, które w pięć sekund zmienia się w depresję. Mój charakter w ten sposób jest hartowany jak Fin, co biega wkoło sauny po śniegu. Wkrótce wahania emocjonalne zmienią się w zwisania.

Pisanie to mnisi tryb życia, angażuje umysł nawet bardziej niż nauka. Alkohol bardzo mu szkodzi, podobnie jak zarywanie nocy. Oraz spotkania towarzyskie, pranie, sprzątanie i gotowanie. Jedynie z bieganiem w moim przypadku jakoś się dogadują - bieganie zajmuje ciało, pisanie umysł i jest git. Ale kiedy człowiek zabiera się do pisania odkrywa nowe odcienie prokrastynacji. Sądząc z książek o pisaniu, które czasem wertuję, nikt tak naprawdę nie lubi tego robić, każdy musi się zmuszać, i tylko jakaś durna siła siedząca w człowieku, niczym grawitacja sadza dupę na krześle i stuka palcami po klawiaturze. W tym czasie zniesmaczony umysł krytykuje każdą, najmniejszą decyzję o wciśnięciu klawisza.

Jakby to powiedziała Dzidźka, komentując którąś z naszych lesbijskich walk zapaśniczych po pijaku: "Po co to robimy, skoro nikt nam nie każe?"

Moja norma: co najmniej 750 słów dziennie, 6 razy w tygodniu.

Ale tak naprawdę nie o tym chcę pisać, tylko o książce, którą ostatnio czytałam: Petera Singera "Życie, które możesz ocalić". Mimo pozorów ironii, bardzo mnie interesuje los ludzi, i dlatego rzuciłam się na tę książkę, która obiecuje rozwiązać problem ubóstwa na świecie. Bardzo polecam, naprawde ryje banię i poddaje w wątpliwość dobre mniemanie o sobie. W skrócie, tym, co nie lubią czytać, a chcieliby się dowiedzieć, o co kaman:

1. Ubóstwo zniknie, jeśli ludzie bogaci podzielą się pieniędzmi z biednymi.
2. Bogaty=taki, co kupuje wodę mineralną w butelce, chociaż w jego kranie leci woda. Wszyscy jesteśmy bogatsi niż nam się wydaje.
3. Naprawdę biedni ludzie żyją daleko od nas i wiekszy sens ma pomaganie megabiednym ludziom w Afryce i w Azji Południowej, niż swoim sąsiadom. Za mniejszą sumę jest się w stanie ocalić wiecej żyć.
4. Kupowanie swojej dziewczynie sushi nie jest działalnością charytatywną.
5. To, że nie widzimy umierających na ulicach murzyniątek, i że wyrzucamy te obrazy ze swiadomości, nie oznacza, że to przestają być rzeczywistością.
6. Żeby pomagać, trzeba podzielić się kasą. Dla osób, których roczny dochód nie przekracza 199 000 zł, jest to 1% rocznego przychodu. Jeśli któryś z moich czytelników jest bogatszy, to gratuluję, i spieszę oznajmić, że w takim razie powinien płacić 5%. Jeśli Wasze zarobki są bliżej kwoty progowej, to skłońcie się bliżej 5%.
7. Istnieją organizacje, oceniające działalnośc charytatywną pod wzgledem efektywnosci, procenta środków przeznaczanych na rzeczywistą pomoc i na administrację oraz przejrzystości. Jedną z nich jest GiveWell. Prowadzi ona ranking organizacji charytatywnych. Można więc wybrać mądrze i dobrze.
8. Nie bójcie się, że organizacja zagraniczna=więcej kasy za przelew. Można płacić kartą kredytową.

Dałam już 5% mojej miesięcznej pensji na szczepionki dla VillageReach. Polecam. Jakoś lepiej się z tym czuję, niż jakbym wydała na koks, dziwki i lasery. Dziwne.

Książka jest o tyle genialna, że czytając ją masz ochotę zrobić jeszcze więcej dobrych rzeczy. Dziś pojechałyśmy do schroniska na Paluchu i zawiozłyśmy karmę dla psów oraz koce i poduszkę, których nie potrzebowałyśmy. Kiedy powiedziałyśmy panu w sklepie z karmą, że jedziemy do schroniska, dorzucił jeszcze dwa pudełka od siebie. To taka wycieczka dla osób, które narzekają, że komedie romantyczne już nie są w stanie ich wzruszyć. Ta dodatkowa karma i wolontariusze, którzy wyprowadzają biedne pieski na spacery. Popłakałyśmy sobie nad tym troszkę. Ludzie są tacy cholernie dobrzy, tylko trzeba im dać szansę!

Z pozostałych wrażeń: skończyłam staż z chirurgii. Nauczyłam się szyć ciało i usuwać kleszcza z jajek (dokładnie tej kreski między jajkami). Życia nie ocaliłam.

Oberwałam krwią po twarzy, co zdyskwalifikowalo mnie jako krwiodawcę na sześć miesięcy. Bardzo marzę o tym, żeby jeden raz w miesiącu asystować do operacji przetoki na chirurgii naczyniowej, kiedy będę już psychiatrą: w tle gra samba, ja prowadzę nitkę, on szyje, i rozmawiamy o zasadzie nieoznaczoności, z krwią na twarzy.

Dobrze, że esencją mojej pracy nie będzie ratowanie życia, lecz gadanie o abstrakcji i absurdzie. I tak robię to na co dzień, nawet za darmo.


***



I didn't die. In terms of fame in media: I probably did. It's been ages since I've published anything anywhere. Writing has put me through a mill of discipline and humility. It teaches, in a very blunt way, to accept a postponed gratification. Ages pass from the moment you start doing it till you can boast on something, if this moment ever happens. Very precious, but so fuckin' frustrating. I haven't met an action that would drive me from momentary self-admiration to depression. My character is being hardened like a Finn who runs on snow around the sauna. Soon I will piss on my emotional fluctuation.

Writing means monk lifestyle, it engages your brain even more than learning. Thus: alcohol harms it and so does partying until small hours. And socializing, washing, cleaning and cooking. They only get along well with running, in my case: running takes the body, writing takes the brain, brilliant. But when you start writing you discover new shades of procrastination. From what I've read in books about writing, no one actually likes it and everyone needs to force themselves to it. It's only some stupid force in human that sits your ass on the chair like gravity and makes your fingest tap on the keyboard. At the same time, the mind, in deep disgust, criticizes every single decision to push a key.

As Ola said, commenting one of our drunk lesbian wrestling parties: "Why do we do it if no one forces us to?"

My norm is: at least 750 words a day, 6 times a week.

But what I really wanted to write about is a book I've read: Peter Singer's " The life you cansave". Despite my ironic shell, I do care about people, and that's why I was so enthusiastic about a book that promises to solve the problem of poverty on our planet. I recomend the book with my whole heart, it really washes your brains and questions your high self-esteem.
Shortly speaking, for those who don't like to read but would love to know what the fuss is about:

1. The poverty will disappear if the rich share their money with the poor.
2. Rich=someone who buys mineral water while drinking water runs in his tap. We are all more rich than we suppose.
3. Really por people live far away and there's much more sense in helping the superpoor people in Africa and South Asia than your neighbours. For a smaller price it saves more lives.
4. Buying sushi for your girlfrienddoesn't count as charity.
5. The fact that we don't see the African kids dying on the streets and that we throw these images out of our consciousness, doesn't mean it's not the reality.
6. To help, you need to share the money. For people whose year's income doesn't exceed 199 000zł (check the exact amount on LifeYouCanSave) it's at least 1% of year's income. If any of my readers is richer, congratulations, but it meand you should pay 5%. If your income comes closer to the limit number, decide on sth between 1 and 5.
7. There are organizations that judge the charity in terms of effectiveness, the amount of money given to poor people and to administration, and transparency. One of them is GiveWell. It preperes a ranking of charity organizations, so you could choose wise and well.
8. Don't fear foreing charity. It doesn't mean you pay more for money transfer, you can pay with a credit card.

I've given 5% of my monthly income for vaccines that VillageReach provides. I truly recomend it. Somehow I feel better than I would if I had spent it on sex, drugs & rock and roll. Strange.

The book is so genial, that reading it you feel like doing more good things. Today we went to animal shelter and we brought dog food, blankets and a pillow we didn't need. When we told the guy at the animal food store that we go there, he gave us two packages extra. It's a trip for thse who complain about romantic comedies that don't move them any more. This dog food he gave us and the volunteer workers at the shelter who walked the dogs...We cried a bit about it. People are so fuckin' good, you just need to give them a chance!

More sensations: I've just finnished my surgery internship. I've learnt to sew the body and to remove a tick from the balls (the stripe between the balls, specifically). I didn't save any lives.

Some blood has flushed on my face, which disqualified me as a blood donor for six months. I really dream of assisting to fistula operation on vascular surgery once a month, when I become a psychiatrist: samba in the backgroung, I lead the thread, he sews, and we talk about the uncertainity principle with blood on our faces.

It's good that my job won't be saving lives but mainly talking about abstraction and absurd. I do it every day, even if no one pays me.

0 komentarze:

Prześlij komentarz