rysunek by Ola Jasionowska

niedziela, 12 lutego 2012

Zsiadłe mleko // Curdled milk

Coffin partum. Putrid gas pushes the fetus out of the uterus of a dead preagnant woman.



Umierający człowiek ciągnie do ziemi, brzękną mu nogi i puchnie brzuch. Zsiada się jak mleko. Na dole twaróg, na górze serwatka.

Bierze chusteczkę i ociera usta z mleka, które piła dla zdrowia. Uśmiecha się. Uśmiech jest tylko rysunkiem na czaszce, jak wyskubana i narysowana na nowo brew. Uśmiech poszerza się, aż obije się o odpadającą żuchwę. Przedziałek też się poszerza i nagle cała głowa staje się przedziałkiem. Trzeba ją zawinąć w turban, żeby nie zmarzła. Ciało trzeba zawinąć w szlafrok w kolorach życia i miłości - różowym, błękitnym i żółtym. Żółty harmonizuje z jej skórą. Wzór jest w serca i uśmiechnięte misie. Serca też się uśmiechają. Wszyscy się uśmiechamy, ja, ona i wzory na szlafroku. Nawet stetoskop wywija się w łuk uśmiechu.
W czasie, kiedy się uśmiechamy, nowotwór konsumuje ją od środka. Bogate w żelazo mięśnie i pełne wapnia kości.

Człowiek ciągnie do ziemi i przypomina trójkąt. Szeroka podstawa i maleńki wierzchołek. Piramida wieku populacji, przez takie nowotwory jak jej, także zaczyna przypominać trójkąt. Nowotwór wżera się w piramidę na wysokości kobieta lat 51, tak więc na wysokości kobieta lat 52 pasek będzie ciut krótszy. Takie nowotwory jak jej rzeźbią piramidę wieku populacji w kierunku wierzchołka przy użyciu śmierci. Natomiast piramida zdrowego żywienia w tym przypadku jest bezradna.

Kiedy wchodzę do jej pokoju po raz pierwszy, tańczy do radia, dla równowagi oparta o szafkę szpitalną. Cały szlafrok chodzi w rytm jej bioder. Ciężar przeskakuje z jednej obrzmiałej nogi na drugą. Maleńka łysa główka kiwa się na boki. Takie tańce też są dla zdrowia, trochę ruchu, żeby się ciało nie zastało i nie opadało wraz z grawitacją.

-Mój trzeci dzidziuś - mówi, wskazując na brzuch. Jest spuchnięty od niewydolnej wątroby. A ona się śmieje.
Taki brzuch waży swoje, uciska jelita i obciąża kręgosłup. W zeszłym tygodniu spuszczono z niego cztery i pół litra, ale znowu się nagromadziło, więc należy procedurę powtórzyć. Wbijam w brzuch igłę. Ręce mi drżą. Aspiruję, znieczulam, wbijam wenflon i podłączam wężyk. Zaczyna kapać ciepły biały płyn przypominający mleko. Mleko to napój życia, przelewający się z jednego pokolenia w drugie. Niestety, ten płyn na nic już się nikomu nie przyda, żadnemu bobasowi nie będzie pokarmem, my też sobie z nim kawy nie zaparzymy. A mimo to kapie i kapie, ciurka i leje się. Wypełnia cały wielki, szklany słój z podziałką (3 litry), bierzemy nowy. Pomyślałby kto, że ucieka z niej życie, ale ona czuje się coraz lepiej.

Moja dojarska technika to uciskanie brzucha i manipulacja pozycją pacjentki. W ten sposób wyciskam przez rurkę więcej i więcej, pięć kartonów mleka. W międzyczasie rozmawiamy o smaku cytryn z Tesco w kolorze Yellow Bahama, tak słodkich, że jadła je plastrami, tylko troszkę cukru na wierzch i już. Informuje mnie, gdzie w Warszawie jest Kaufland, oraz że Lidl to najgorsze co może być. Tyle rzeczy dowiedziałam się od umierającej osoby. Są to jej ostatnie do mnie słowa i zapamiętam je na zawsze.
-W tym roku mieliśmy jechać na ferie w góry - mówi jeszcze, na sam koniec końca. - A tu proszę, gdzie wylądowałam. Ale nieważne. Pojedziemy za rok.

Nie mamy jej nic więcej do zaoferowania. Żadnej terapii, tylko leki przeciwbólowe. Lżejsza o pięć litrów opuszcza szpital w kierunku dom. Potem uda się w kierunku ziemia, w dół i w głąb. Niestety, nie w góry, jak zaplanowała. Nie dla niej droga do wierzchołków, mówi się trudno.

Z ziemi wyrośnie trawa, która stanie się pokarmem dla krowy. Krowa da mleko.

Tym mlekiem, jakże bogatym w wapń, wzniesiemy toast za życie i śmierć.

***

A dying person gravitates to the ground, the legs swollen and so does the stomach. She curdles, just like milk. The cheese on the bottom, the whey on top.

She takes a napkin and brushes away the milk she was drinking for health. She smiles. Her smile is just a drawing on the skull, just like an eybrow, depilated and drawn again. The smile widens until it hits the mandible that is falling away. The parting of the hair widens also and suddenly the whole head becomes a parting. You need to cover it with a turban so that it doesn't freeze. The body you need to cover with a dressing gown in the colours of live and love: pink, blue and yellow. The yellow harmonizes with her skin. The pattern is hearts and smiling bears. The hearts also smile. We all smile, me, her, and the patterns on her dressing gown. Even the stetoscope binds into a smiling arch.

While we are smiling, the cancer consumes her from the inside - her muscles, so rich in ferrum, her bones a source of calcium.

A person gravitates towards the ground and becomes similar to a triange. Wide basis and small top. The pyramid of population age, because of cancers like the one she has, also becomes simmilar to a triangle. The tumor gobbles the pyramid on the height of woman, age 51, so on the height woman, age 52 the index will be a tiny little bit shorter. The cancers like the one she has, sculpt the population age pyramid towards the top using the tool of death. Whereas the pyramid of healthy nutrition is helpless in this case.

When I enter her room for the first time, she dances to the radio, leaning towards the hospital cabinet to get the balance. The whole dressing gown moves in the rythm of her hips. The body jumps from one swollen leg to the other. Her tiny bald head swings from side to side. These dances are also good for health, a bit of movement, so as the body doesn't stagnate and doesn't fall with the gravity.

-My third baby - she says, pointing at her belly. It's swollen because of liver failure. And she laughs.
This belly does have it's weight. It presses the intestines and loads the spine. The last week we have taken some four and a half litres away, but it is there again, so we need to repeat the procedure. I drive a needle in the belly. My hands shake. I aspirate, anaesthetize, thrust the venflon and connect it to a tube. A warm, milk-like liquid starts to drop. Milk is the drink of life that pours through one generation to another. Unfortunately, this liquid will not serve anyone anymore, it won't become food for any baby. And we won't use it for our coffee either. Despite, it drips and drips, trickles and pours. It fills the whole big glass jar with a scale (3 litres), we take another one. One could think that life flies from her, but she feels better and better.

My milking technique is pushing the belly and manipulation of patient's position. Thus I squeeze more and more through the pipe, five milk cartons. In the meantime we talk about the taste of lemons from Tesco in the colour of Yellow Bahama, so sweet that she would devour whole slices, just a pinch of sugar and that's it. She informs me where is Warsaw's Kaufland and that Lidl is the worst you can find. So many things I've got to know from a dying person. These are the last words for me and I'll remember them forever.
-This year we were going to go to the mountains - she says, for the end of the end. - And look where I am! Nevermind. We'll go next year.

We don't have anything more to offer her. No therapy, just painkillers. Five litres lighter she leaves hospital in the direction: home. Then she will go in the direction: ground, down and deep. Unfortunately not mountains, as she planned. The route to the tops is not for her, hard luck.

The grass will grow on the ground. It will feed a cow, A cow will give milk.

With a glass of this milk, so rich in calcium, we will propose a toast to life and death.





czwartek, 2 lutego 2012

Szpitalny Disneyland // Disneyland Hospital

A może to bierne oczekiwanie na pocałunek księcia świadczy o śmierci mózgu? // And maybe this passive waiting for the kiss of the prince is a sign of brain death?

Syrenka i jej wymarzone nogi // The Mermaid and the legs of her dreams

Odblokowałam się. Znowu mogę rysować. Minęło chyba z 7 miesięcy od kiedy to ostatnio robiłam. Wykastrował mnie twórczo komiks dla dzieci o odnawialnych źródłach energii ze szczególnym uwzględnieniem wiatraków. Memu pracodawcy nie podobało się nawet to, że dzieci jedzą lody - albowiem budzi to niecne skojarzenia. Nie mogły również jeść pizzy - bo niezdrowa, ani sushi - bo nie są pieprzonymi hipsterami z Warszawy, i pić coli - bo to reklama. Oczywiście, nie mogły też skarżyć się na nudne zajęcia ani grać w słoneczko. Ach, przypomniało mi się! Gimnazjaliści mają podobno nową zabawę - nazywa się Tęcza. Każda dziewczynka smaruje usta szminką w innym kolorze i odciskają ustami tęczę na penisie jakiegoś szczęśliwca (thx dla Oli I. za te dobre nowiny).
 Może to kilka spotkań towarzyskich z dawno albo nigdy nie widzianymi osobami, może owulacja, może dobry biorytm (a, nie, przepraszam - mam fatalny...) - ale w ten poniedziałek zaczęłam rysować. Być może winne temu jest też to, że zaczęłam staż na internie, gdzie widzę mnóstwo chorych ludzi i śmierci. Doskonale pamiętam przypływy inspiracji, z jakimi na szóstym roku opuszczałam prosektorium.
Dziś znów wyżywam się na księżniczkach Disneya i umedyczniam ich losy. Ciekawi mnie rola ciała jako ograniczenia w Małej Syrence. Syrenka chciała mieć nogi, żeby spodobać się księciu. Mam nadzieję, że z takimi tez mu się spodoba. Jeśli jara Was postać Małej Syrenki oraz dzielnych dziewczyn bez nóg, to czek dys ałt: 
Miałam jeszcze historyjkę o jednonogiej tancerce na rurze, ale gdzieś się zapodziała...
A książka, którą piszę  - bo piszę ją i piszę... - zostaje odłożona do czasów po egzaminie lekarskim. Nie jestem w stanie jednocześnie wchłaniać ton informacji do mózgu i wypluwać ton złożonej fabuły z tegoż mózgu. Z jakiejś przyczyny człowiek nie je i nie rzyga jednocześnie.

***

I am unblocked. I can draw again. It's been some 7 months since I've done it the last time. My creativity was sterilised by the comic for kids about alternative sources of energy, especially windmills. My boss didn't like even the fact that the kids were eating ice-cream, because it evokes wicked associations. They couldn't eat pizza - unhealthy, or sushi - because they are no fucking hipsters from Warsaw, or drink Coke - because it's advertisement. Of course they couldn't complain on boring classes or play sex games. Btw - junior high kids have a new game! It's called The Rainbow. Each girl puts on a lipstick of a different colour and they make a rainbow print on the penis of some lucky guy.
Maybe it's been those meetings with people I haven't seen for ages (or never...), maybe ovulation, maybe a good biorythm (oh, no, sorry, I've checked-it's shitty today) - but this Monday I started to draw. Maybe it's also thanks to switching my workplace to internal medicine where I see a lot of sick people and death. I perfectly remember the flushes of inspiration which accompanied me as I was leaving the dissecting - room.
Today I put the steam off on Disney Princesses and medicinize their histories.I' m very interested in the role of the body as a limitation in The Little Mermaid. Ariel wanted to have legs to become preety for the Prince. I hope he's gonna like her with the ones I gave her as well. If you are excited about Mermaids and brave girls with no legs, check this out:
I found a story about one-legged stripper, but somehow I cannot find it...
Ah, and the book I'm writing - because I am! - is gonna rest till after the medical test . I'm unable to devour tons of information and spit out tons of complex plot out of my poor brains. For some reason man doesn't eat and vomit at the same time.


poniedziałek, 30 stycznia 2012

Osteosarcomwhite


Wszystkim księżniczkom, które budzą się od pocałunków silnej woli i medycyny. Albo zasypiają na wieczność.
***
To all the princesses who wake up with the kisses of strong will and medicine. Or fall asleep for eternity.

czwartek, 12 stycznia 2012

Tajemnica sukcesu // The mistery of the success

in circles: pussy, shit, shit cake

Jeśli przyjrzeć się statystykom odwiedzin na moim blogu, można stwierdzić, że prawdopodobnie nie mam nic lepszego do roboty niż klikanie "odśwież" po tysiąc razy dziennie. Otóż nie. Robią to za mnie słowa kluczowe. Ciekawe, kto jest bardziej spaczony - ja czy internauci?

A oto link do posta, który jest mą najdojniejszą krową: HAPPY EASTER

***

If you take a closer look at the statistics of my blog, you could start thinking that I've got nothing better to do than to click "refresh" thousand times a day. Well, I don't. The key words do this for me. Just take a look at the pic. Tell me who is more of a freak - me or the internauts?

And here you've got the link to the "cash cow": HAPPY EASTER

sobota, 24 grudnia 2011

Perfekcja // Perfection



Co roku razem z bratem ubieramy Dziadkowi choinkę. Wyjmujemy z zawiasów drzwiczki kuchennej szafki i stawiamy na innej szafce. Postument ten ozdabiamy obrusem, i na tym wszystkim ląduje zgrabna choineczka.

W tym roku natrafiliśmy na kilka problemów.

Nożyczki do obcinania gałązek okazały się małe i mało ostre. Stojak - za duży, więc owinęliśmy pień papierem toaletowym. Mimo starannego oszacowania wysokości, choinka nie chciała się zmieścić między szafką a sufitem, a tępy sekatorek nie chciał nam pomóc rozwiązać tego problemu. Igły kuły nas nawet przez rękawiczki. Bombki miały ukruszone zawieszki. Następnie odkryliśmy szubieniczny węzeł na lampkach choinkowych. Pod wpływem impulsu zapragnęliśmy z niego skorzystać. Zdecydowaliśmy jednak zdusić tylko agresję i rozplątaliśmy je.

Wtedy okazało się, że nie świecą.

Naszym zmaganiom towarzyszyło stoickie pogwizdywanie dziadka, przypominające bardziej gwizd czajnika niż melodię. A propos czajnika, zaproponował nam herbatkę. Wyrywając mu z rąk chylące się do ziemi szklanki z wrzątkiem (niektóre zawierały dwie torebki herbaty, a inne żadnej) zastanawialiśmy się, jak on to robi, kiedy jest sam.

Dobrze, że dziadek ma kiepski słuch, bo przeklinaliśmy.

Co roku po ubraniu choinki, śpiewamy kolędy. To jedyny dzień w roku, kiedy śpiewam. Ja, która woli rozebrana do golasa obiec domek letniskowy, niż chociażby zanucić publicznie. Mój głos jest śmiesznie wysoki, dziwny, jak z kościelnej Oazy. Ale kiedy próbuję śpiewać w takiej tonacji, w jakiej mówię, strasznie fałszuję.

Kolęd nie śpiewa się przy zapalonym swietle. Zawsze śpiewamy w ciemności przy kolorowych światełkach choinki. Smętny, martwy wąż lampek postawił nasze popisy pod znakiem zapytania.

Ale znalazły się świece.

I było tak jak trzeba.

Na pierwszy ogień poleciało zaintonowane przez Dziadka "Bóg się rodzi". Dziadek intonuje ją za każdym razem, kiedy zapada cisza, śpiewamy więc trzy razy, albo i więcej. Dziadek zna więcej kolęd niż my, ale popisy solowe w ten wieczór nie wchodzą w grę. Ten coroczny performance wykonujemy bez żadnego przygotowania i jak co roku denerwujemy się, że pamiętamy tak mało zwrotek. Nigdy też nie nauczyliśmy się śpiewać tych kolęd, które potrafi Dziadek, a my nie. Chyba tak to już zostanie – z tradycyjną lekką nutą niedosytu, której wyelimimowanie być może zniszczyłoby cały smak.

Życzę Wam, żeby w te święta chociaż jeden, jedyny moment był taki, jak najidealniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Żeby niczym nie różnił się od Waszych marzeń i oczekiwań. A cała reszta jest mało ważna.

***

Every year my Brother and I decorate our Grandpa's Christmas tree. We take the door of the kitchen shelf out from the hinges and we put it on another shelf. This postument is further decorated with a tablecloth and a shapely tree lands on the top.

This year we found everything somehow problematic.

The scisors that serve for cutting the small branches were too small and not sharp at all. The stand – too big, and we had to wrap the trunk with the toilet paper. Despite having estimeted the height of the room very accurately, the Christmas tree didn't fit in between the shelf and the ceiling and blunt secateur didn't want to help. The needles pricked us even through the gloves. The glass balls were missing the hooks. Then we have discovered a gibbet knot on the cable of colourful lamps. In one moment we felt like hanging ourselves with it, but we only decided to kill the aggression. We untied it.

Then it appeared they don't work.

Our efforts were accompanied by our Grandpa's stoic whistling, reminding more of a kettle than a melody. As to kettles, he proposed us some tea. Grabbing glasses filled with boiling water that were falling out of his hands(some of them with two teabags, some with no teabag at all), we wondered how is he able to do it when alone.

It's good that our Grandpa is a bit deaf, because we sweared.

Every year after decorating the tree, we sing carrols. It's the only day in the year when I sing. Me, a person who prefers to run naked around the holiday cottage than even to hum in public. My voice is funnily high-pitched, strange, church-style. But when I try to sing in a tone I speak, I'm totally out of tune.

You don't sing carrols with the light on. We always sing in the mild darkness of the colourful lights of the Christmas tree. The sad, dead snake of lamps questioned our performance this year.

But we found candles.

And it was as it should be.

First it was a Polish carrol called "Bóg się rodzi"(sth. like God is being born), striked by our Grandpa. Our Grandpa intones it every time we're wondering what to sing, so we did it three times or more. Grandpa knows much more carrold than we do, but it's no solo show evening. Every year we sing without any preparation and we are always nervous that we remember so little. We have never tried to learn the carrols that Grandpa knows and we don't. And I think it will stay like this – with a traditional hint of insatisfaction. I guess eliminating it would destroy the whole taste.

This Christmas I wish you one single moment that's just like your best childhood memory. That it was not at all different from your dreams and estimations. And all the rest is not important.



niedziela, 18 grudnia 2011

Znajdź 5 różnic // find 5 differences


Stara praca powstała na wernisaż Jej Perfekcyjności w ramach Tygodnia Równości na Ursynowie, nie jestem pewna, czy w ogóle zawisła. Wrzucam, bo nie mam nic do powiedzenia, a spragniona jestem wzrostu oglądalności. Nie wiem co chciałam powiedzieć. Może coś o łysej głowie i androginiczności. Może coś o byciu wykluczonym. Albo o walce. Albo częstości chorób nowotworowych w populacji lesbijek. Może też o śmierci, który towarzyszy wszystkim związkom nienastawionym na prokreację. Żeby przeżyć samą siebie, lesbijka musi albo znaleźć dawcę spermy, albo napisać książkę.

Jeśli w przeciwieństwie do mnie, widzicie te pięć różnic, to powiedzcie mi.

***

Find 5 differences is an old artwork made for Her Perfectness vernissage for Equality Week in Ursynów (a district of Warsaw). I'm not sure if it did hang on the wall or not. I put it here, because I've got nothing to say and still want my watch ranks to rise. I don't know what I was intending to say. Maybe something about bald/shaved head and androgynity. Maybe about being excluded. Or a fight. Or the frequency of cancer in lesbian population. Maybe about death that accompanies all the relations that are not procreation-oriented. To outlive herself, a lesbian either has to find a sperm donor, or write a book.

If you, unlike me, can see these five differences, tell me.

czwartek, 8 grudnia 2011

Głębią w gębę - o podróżach w różne rejony świata i umysłu




Wybrałam się na przedpremierowy pokaz filmu "Gunnar szuka Boga" w Agorze. Paulina Reiter, która chyba równie mocno jak ja interesuje się punktem G, napisała o filmie bardzo osobisty tekst w ostatnim wydaniu Obcasów.

Opowiem w skrócie fabułę osobom, które nie widziały i nie zamierzają oglądać (nie muszą, bo teraz będzie spoiler): Gunnar, typowy przedstawiciel norweskiej klasy średniej, ojciec i mąż, jest niby szczęśliwy, ale czuje zamęt i pustkę. Nie cieszą go nowe gadżety, jedynie koszenie trawy wydaje się kuszące - bo wtedy nikt niczego od niego nie chce. Sfrustrowany (lekko) Gunnar dostaje list od swojego kolegi ze zdjęciami mnichów z chrześcijańskiego klasztoru w Egipcie. Dostrzega różnicę między twarzami uśmiechniętych mnichów a pasażerów norweskich autobusów - o równie mętnym i pustym spojrzeniu jak spojrzenie Gunnara. Nasz niezbyt pożałowania godny bohater wyrusza do tego klasztoru z ekpią filmowa, dowiedzieć się, o co kaman w takim życiu. Mnisi uśmiechają się rzeczywiście, modlą i czekają na śmierć, bo śmierć jest tylko przejściem bliżej Boga.

Chcę, byś porzucił życie doczesne. Teraz!


Okazuje się:
1.Takie życie to potworne nudy.
2.Gunnar stwierdza, że nie zostawia się kochanej i kochającej rodziny po to tylko, by siedzieć w klasztorze (co ratuje Gunnara w mych oczach, które widziały w nim tylko egocentryczną drugą młodość typową dla kryzysu wieku średniego).
3.Prawdziwym wyzwaniem jest zaprowadzić taką "religię" w życie rodzinne.

Gunnar wraca do domu w pewnym sensie odmieniony. Postanawia między innymi nie chodzić w sobotę do IKEI. Oraz nie siedzieć na Facebooku i generalnie nie być ciągle dostępnym. Nie zamierza czytać Biblii czy klepać różańca. Ten film nie jest o religii, tylko o potrzebie samotności. Tak naprawdę nie o Boga tu więc chodzi, a czas dla siebie. Angielski tytuł brzmi więc bardziej odpowiednio: "Gunnar goes god", czyli Gunnar staje się swoim osobistym Jezusem, którego obdarza adoracją.

Problemy Gunnara oscylują wokół najwyższych pięter piramidy potrzeb Maslowa. Było to dla mnie irytujące z perspektywy lektury książki "Życie, które możesz ocalić", o której piszę w poprzednim poście. Są lepsze sposoby na znalezienie w życiu głębi (bo może to nie jest film ani o religii ani o samotności, tylko o głębi i szczęściu).
Film nie mówił co prawda o tym, że autoadoracja jest LEPSZA od dobroczynności, ale po prostu w ogóle nie poruszył tematu. Zastanawiam się, ile czasu i pieniędzy taki Gunnar poświęca działalności na rzecz osób, które piramidę Maslowa wąchają od spodu. Nie wiem, jaki jest jego zawód, i czy daje mu on satysfakcję płynącą z działalności na rzecz innych osób. Rozumiem, że spotkania towarzyskie w zblazowanym gronie oraz wrzaski histerycznych dzieci mogą męczyć. Ale poświęcenie, na jakie Gunnar zdobywa się w kontakcie z nimi, nikomu życia nie ocali. To rzeczywiście nie ten target. Człowiek ma pełne prawo do samotności. Gunnar ma prawo zredukować zamęt, jaki wprowadzają w jego życie bliscy. Ale rodzina+samotność (w odpowiednich proporcjach) to jeszcze nie jest głębia.

Życie mnicha jest bezproduktywne w obliczu tragedii dziejących się na świecie tu i teraz. Chcąc zmienić swoje życie, Gunnar lepiej pojechałby tam, gdzie ludzie umierają na ulicach.

Miałam podobne refleksje leżąc pod zagrzybioną kołdrą w domku na drzewie w Edynburgu. Wybrałyśmy się tam jak zwykle z Couch Surfing, i tym razem okazało się, że miejsce dla trzech podróżnych znajdzie się jedynie w lesie pod Edynburgiem, i to na drzewie. Było super fajnie bez prądu i wody, podmywałyśmy się w McDonaldzie kubkiem po Coli i chodziłyśmy po lesie z latarką. Poznałyśmy też ludzi, którzy mieszkali na stałe w tym lesie i poznaliśmy ideę stojącą za przedsięwzięciem. Przez niejaki Bilston Forest miała biec autostrada. W ramach protestu grupa ludzi zasiedliła las, zamieszkując w domkach na drzewie i w ten sposób uniemożliwiła budowę autostrady. Budowę odsunięto na pięć lat, w tym momencie nie ma zagrożenia. Domki są w tym momencie zasiedlone przez osoby niemające nic wspólnego z budową autostrady - są to po prostu czarujący ludzie, którym taki styl życia odpowiada, oraz Couch Surferzy, którzy zwabieni ciekawością lądują na drewnianej konstrukcji obwiązanej dookoła plastikiem przypominającym torbę z wspomnianej wyżej IKEI.

Nasz pałac w Edynburgu
Ludzie są przemili, gościnni i otwarci.

Nasuwają się jednak pytania: gdzie oni się myją? Czy chodzą do pracy? Skąd mają pieniądze?
Nie chodzą do pracy, bo nie chcą i nie lubią. Korzystają z darmowego internetu w bibliotece. Zbierają przeterminowaną żywność spod Tesco. Prysznicują się na dworcu, a w wodę do picia zaopatruje ich leżący naprzeciwko salon samochodowy Volkswagena.

Jest to przykład życia minimalizującego straty. Emitują mało CO2, oszczędzają życie zwierząt oraz wodę.

Skojarzenie ze szczęśliwymi mnichami z filmu o Gunnarze nasunęło mi się automatycznie.

Problem polega na tym, że żyjąc w ten sposób, nie są w stanie pracować, czyli świadczyć usług. Bez względu na wartość etyczną takiej usługi, dostaje się za nią pieniądze, za które można kupić np. moskitiery dla ludzi w krajach zagrożonych malarią. Im więcej pracujesz, tym więcej moskitier możesz kupić. Albo prezerwatyw dla ochrony przed HIV i nadmiernym przyrostem naturalnym.

Byłoby z mojej strony pieprzonym egoizmem, porzucić pracę, która pomaga ludziom i zarobki, których jakaś część też im pomaga, żeby zamieszkać w domku na drzewie.

Zastanawiam się, czy bliżej definicji świętości jest robienie mało złego, czy dużo dobrego. Mam wrażenie, że zło jest produktem ubocznym czynienia dobra. Muszę myć się codziennie i prać ubrania, tym samym porządnie nadszarpując zasoby wody na świecie. Ale czy którykolwiek szpital zatrudniłby niedomytą lekarkę z lasu, w spodniach nagdryzionych przez szczury, z bijącym od niej zapachem pleśni i ogniska? Po zmroku bez prądu nie za bardzo można się dokształcać, toteż, jak sądzę, przez cały czas jarałabym jointy.

Kiedy oglądałam film o Gunnarze, powróciło do mnie traumatyczne wspomnienie z wakacji w Norwegii.

Ten genialnie bogaty kraj jest jedynym, w którym nie udało nam się znaleźć noclegu na Couch Surfing w całym moim wieloletnim doświadczeniu. Jedyna osoba, która odpowiedziała na naszą prośbę, zażyczyła sobie 100 Euro za osobę za tydzień pobytu. Mielimy już kupione bilety, więc poprosiliśmy o nocleg rodziny, którą poznał wcześniej na wymianie szkolnej, we Fredrikstad. Ludzie po pięćdziesiątce z dwojgiem dzieci, młodszych ode mnie, w typowym, czerwonym norweskim domku.

Wyobrażacie sobie że w Polsce zdrowe umysłowo dziecko dwojga nauczycieli zostaje mechanikiem samochodowym? Bez parcia na wykształcenie wyższe i związaną z nim wizję dochodu - dochód jest niepotrzebny, bo państwo da. Czyli ambicja też niepotrzebna. Pływaliśmy motorówką po jeziorze, oglądaliśmy Norwegię z okien samochodu i kąpaliśmy się w morzu. Wszystko to byłoby może przyjemne, gdyby wymagało chociaż odrobiny wysiłku. W całej Norwegii wyczuwa się tylko śmiertelny spokój, nie ma żadnego prądu, zewnętrznego czy wewnętrznego, który napędzałby działalność ludzi. Gdyby wszystkim warszawskim biznesmenom odebrać nagle pęd za pieniądzem, nasze miasto mogłoby wyglądać katastrofalnie martwo.
Dodatkowo Norwegowie wcale nie byli nami zainteresowani. Opowiadali o swoim życiu, nie zadając żadnych pytań na temat naszego i błądząc wzrokiem po suficie w momencie, kiedy my zaczęliśmy mówić. Może wszyscy żyją tam myślą, że przeszli swoją droge do raju i nie chcą się oglądać za siebie. Może, niczym Gunnar, odnaleźli w sobie swojego Personal Jesusa i nas też chcą przekonwertować.

Po kilku dniach w Fredrikstad przenieśliśmy się do Oslo, pod namioty.

Paulina Reiter w artykule z Wysokich Obcasów narzeka na cheeseburgery z Maka za 45 zeta.
My nie mieliśmy tyle pieniążków (tak, wiem - nie używaj tego słowa, bo nigdy nie będziesz miała do czynienia z prawdziwymi pieniędzmi...), więc jedliśmy Fiskekaker, które smakuje tak jak brzmi. Były to rybno-mączne kotlety w opakowaniu próżniowym służace do smażenia. Oczywiście, nie mieliśmy gdzie ich smażyć, więc jedliśmy na zimno. Do tej pory przeszywa mnie wymiotny dreszcz na ich wspomnienie. Czuliśmy się bardzo biedni w tym raju, ale nie zamarzyliśmy o dostatnim życiu jego mieszkańców. Było ku temu wiele powodów. Na przykład mój biedny brat przeżył w Norwegii najgorsze urodziny w życiu - w namiocie z siostrą. Żeby zagłuszyć ból, chcieliśmy się przynajmniej upić. Byliśmy mentalnie przygotowani na wydatek 35 zł za butelkę najsłabszego piwa. Norwegia, niczym mądry rodzic, przewidziała, że każdemu, kto się w niej znajdzie, zajrzy kiedyś w oczy dramatyczny żal. W momencie kiedy przekroczyliśmy bramy supermarketu, lodówki były już od pięciu minut zamknięte. Minęła osiemnasta.

Kiedy nasz tata widzi nas wściekłych, zawsze powtarza: ugryź się w tyłek.

Na szczęście nie jest to takie proste, bo rozszarpałabym wtedy swoje jedyne spodnie, a następnie nadszarpnęła nasz skromny budżet na zakup nowych.

Dla podkreślenia wagi mych słów ośmielam się ujawnić kompromitującą fryzurę z tamtego okresu.
Już wtedy czułam, że coś musi być na rzeczy, skoro w idealnym kraju panuje prohibicja. Widać norweskie powietrze nie dla wszystkich jest jak extasy. Z artykułu w Obcasach dowiedziałam się, że 10% społeczeństwa jedzie na antydepresantach.

O tym i o innych rzeczach myślałam wczoraj na stadionie Skry. Biegałam dookoła, niczym naspidowana mniszka w ogrodzie Zen. Drzewa zgubiły już wszystkie liście a kiedy biegnie się po przeciwległej do wejścia stronie, stadion pachnie orzeszkami leszczynowymi. Nie liczyłam ani dystansu, ani czasu, ani oddechów. Czułam się bardzo szczęśliwa. Nagle zrozumiałam jednak, że bez względu na to jak pro-charytatywne są moje myśli, właśnie kultywuję siebie. I że robię to cały czas. Nie odpisuję na smsy, piszę swoje dyrdymały zamiast gadać z bliskimi mi ludźmi na Facebooku, za rzadko dzwonię do rodziców i brata i biegam zamiast się uczyć, co mogłoby uczynić mnie lepszym lekarzem.

Tutaj powinien nastapić wywód na temat złotego umiaru, którego oszczędzę, bo jest nudny i przewidywalny.

Zgodnie z wyżej nieopisaną regułą złotego umiaru tuż po biegu postanowiłam zaopatrzyć parę biednych osób w moje pieniądze.
Tym, którzy również postanowili ulepszyć swoje postępowanie względem świata przypominam, że jest grudzień, nowy miesiąc, nowa pensja, a na pierwszym miejscu rankingu Give Well znajduje się w tym miesiącu organizacja AgainstMalaria kupująca siatki przeciwmalaryczne.

W trakcie spotkania na temat filmu w siedzibie Agory nie omieszkałam powiedzieć paru słów na temat roli działalności charytatywnej dla głębi życia człowieka. Mikrofon podał mi wzruszony filmem Krzysztof Ibisz, siedzący na widowni tuż przede mną. Nasze ręce zetknęły się na moment. Kontakt z wielkim światem jest miękki, gładki i wyjątkowo opalony.



Dotykiem tej dłoni, chłodzącym rozgorączkowane czoło, zakończę ten niespójny wywód i wyruszę na poszukiwanie głębi kieliszka.